[202,243] -->

symfonia luźnego spostrzeżenia . Jako osoba cierpiąca na syndrom dziewczyny ze szklanką, schorzenie krześlarza, wiecznie walcząca z czasem, fejsbukowy lunatyk z dużej wagi astygmatyzmem, znalazłam tu miejsce dla siebie.

18mar/100

Byłaś ubrana na niebiesko, gdy uciekając przed swoim życiem wpadłaś w moje.

Tak, tak. Bardzo mnie śmieszy
piosenka, którą przesłał mi Harutaka.
A zwłaszcza miny wokalisty,
który ujawnia się po pierwszej i trzeciej minucie
oraz pod koniec utworu.

Miodu pochłonęłam prawie pół słoika.
Antek nadal nie może uwierzyć,
że zdołałam się do tego zmusić.
Jutro muszę już zjawić się w szkole, bo:
a) dostaniemy pytania na sprawdzian z WOSu,
a mało jest osób, które nie zdają go na maturze,
więc mało będzie powyższego odbiorców.
b) trzeba oddać plan prezentacji maturalnej.

Jestem z siebie nawet dumna,
bo nauczyłam się całego renesansowego kanonu z historii sztuki.
Romantyzm i klasycyzm musiałam opanować już wcześniej,
ale epokę Leonarda i Rafaela zostawiłam sobie na jakiś wolny dzień.
Nawet gdyby był wolny z przymusu...

Domowe sposoby leczenia to jedno wielkie oszustwo.

Plan na weekend jest zaś następujący:

Sobota
Wstać o 5.
Jechać do Piaseczna.
Uczyć się historii sztuki od 8. do 12.
Nie iść na zajęcia w Ognisku,
by zaoszczędzić siły na próbę.
W godzinach 17-21 poprowadzić przedgeneralną.

Niedziela
Wstać o 5.30.
Jechać do Ogniska.
W godzinach 8-10. poprowadzić generalną.
Od 10 do 13.15 wziąć udział w zajęciach.
Od 13.30 stresować się, ćwiczyć, poprawiać, zmieniać,
martwić się, obawiać, obgryzać paznokcie, pochłaniać apapy i rutinoscorbiny.
O 17.15 zmierzyć się z premierą czwartego warsztatu
i zastanawiać się, co powiedzieć na omówieniu.
Pół godziny później powiedzieć coś na omówieniu,
czytaj: improwizować.
18.30 - po wyściskaniu się z wszystkimi w kontekście radości
bądź rozpaczy jechać do domu, położyć się do łóżka i wreszcie móc się wychorować.
Do... poniedziałku rano.

Poniedziałek
Wstać o 6...

17mar/100

Dochodzenie!

 Zdjęcie do wpisu Dochodzenie! (24781 374253185806 656870806 4249095 6898773 n) 

Tadam!
Nie powiecie, że nie jest efektowny!
Nie, nie. To niestety nie plakat mojego nowego warsztatu,
ale spektakl bartkowo-adamowy
(a o naszych instruktorach ogniskowych mowa).

Teraz będę się przez chwilę zachwycać
i przedstawię Wam obsadę,
więc jesteście skazani na kolejne zdjęcia.

 Zdjęcie do wpisu Dochodzenie! (24781 374253160806 656870806 4249094 3313428 n)

Matylda Damięcka:

 Zdjęcie do wpisu Dochodzenie! (24781 374243275806 656870806 4249078 4343445 n)

Nasz instruktor - Bartek M.

 Zdjęcie do wpisu Dochodzenie! (24781 374243295806 656870806 4249080 1210528 n)

I inni (oto linki do nich):
[1]
[2]
[3]

Adama znajdziecie zaś na pierwszym "plakacie"
na samej górze pośrodku.

___

Co u mnie?
Faszeruję się miodem,
żeby zwalczyć chorobę.
Herbata - trzy łyżeczki.
Kanapka - dwie łyżeczki.
Miód w czystej postaci - dotychczas jakaś jedna siódma słoika.

Jak na razie umieram.
Ledwo wytrzymałam w szkole,
potem na matematyce
(którą uwielbiam mimo wszystko,
bo z Panią Aliną)
i we wszelkich środkach transportu.

Liczę raczej na efekt placebo
niż na prawdziwe wyleczenie tym miodem.

Poza tym w szkole było całkiem w porządku.
Podczas dwóch wolnych godzin uczyłam się historii sztuki
z mojego wielkiego segregatora,
co poważnie zainteresowało Ksenię, Martę i Zuzię
(dzięki tej drugiej wreszcie nauczyłam się nazwiska
Gerarda Bernarda Fishera Von Erlacha),
odrabiałyśmy później historię,
co zostało przez dziewczyny skwitowane:
- Bo bardzo chcemy zaraz zrobić matematykę!
- specjalnie tak, aby nauczyciel słyszał.

Później Marta prezentowała nam,
jak - będąc w wieku dziecięcym - tańczyła przed telewizorem.
Pech chciał, że z naprzeciwka nadchodził jakiś chłopak
w drodze powrotnej z łazienki.
- Przepraszam, przepraszam! - zawołała Marta.
- A nie szkodzi. - odparł ten - Ja mogę popatrzeć.
Wszedł do 107, a gdy Marta znów zaczęła podrygiwać,
wychylił się z rozbawieniem.

Dziewczyny poszły do bufetu,
a ja ucięłam sobie miłą acz szczerą pogawędkę z Ksenią.
Wniosek? Nie warto się zadawać z Moniką!
Bo to nikomu nie wychodzi na dobre
[zwłaszcza, kiedy ta idzie w przeciwną stronę od szkoły
tak, jak na przykład dziś].

Gdy Zuza i Marta wróciły,
dosiadła się do nas Matylda.
Marta zaczęła odpowiadać,
jak to jej tatę chciano pobić,
ponieważ ona wykrzyknęła w autobusie:
- A jak mi tata wkładał w pupę,
to mnie bolało.
Oczywiście to tylko gra słowna,
z której wynikło absolutnie nie to, co wyniknąć miało.
I nie było wcale tak śmiesznie...

W szatni Karolina z Agnieszką zapytały,
patrząc na mój segregator:
- To twój skserowany podręcznik do historii?
Na co odparłam ja:
- Nie. Historia sztuki. Ale to tylko
jedna trzecia materiałów.

I dziewczyny zaczęły się śmiać.

A miód wcale nie jest taki drogi,
jak wynikało z naszego reportażu,
zrobionego kiedyś przy Górnośląskiej
podczas warsztatów dziennikarskich.

[A tytuł, cholera!, strasznie jest dzisiaj adekwatny].

___

Dopisek, 17.57.

Zapomniałabym!
Oto kilka przykładowych zastosowań gumki do ścierania
(z dedykacją dla Alice)

- przyrząd do rehabilitacji ręki
- separator do malowania paznokci
- przedmiot do wbijania pinezek/szpilek
- podstawka pod nogę krzywego stolika
- tabliczka do rysowania
- przedmiot, który należy włożyć do szuflady bez uchwytu,
aby ta nie zamykała się
- broń do rzucania w przeciwnika
- pilniczek (polerniczek) do paznokci
- odważnik na wadze
- korek do butelki
- po pocięciu w drobne kawałki i nawleczeniu na nitkę - korale
- kostka do gry

[Oto pierwsze, które przyszły mi do głowy z tych,
które wypisałam na teście.
Będę dopisywać w miarę odświeżania pamięci].

15mar/100

Chłopak Antoni od Aniołów.

Powinnam pluć sobie w brodę,
że nie spotkałam wcześniej takiego Antka,
jakim jest teraz.

Choć spotkałam go wyjątkowo wcześnie,
ciągnącego mnie za warkoczyki.

I zgrzeszyłabym bardzo,
gdybym napisała, że istnieje na ziemi
wspanialszy mężczyzna od niego.

To Michał Anioł
- w znaczeniu Anioła i architekta.

Spodziewajcie się dopisku.

___

Dopisek z dn. 16 III 2010 r.

Wczoraj w szkole robili nam testy na kreatywność.
W jednym z zadań trzeba było wypisać
minimum trzy zastosowania gumki do ścierania.
Wypisałam trzydzieści.
- Ale ty jesteś wariat! - zawołała, zobaczywszy to, Posti
i poczęła czytać z rozbawieniem moje pomysły - Ja nie napisałam
ani jednego!

Po lekcjach pojechałam do rodziców,
wydrukować sobie CV, ogłoszenie o pracę i list motywacyjny
na przedsiębiorczość.
Mama, specjalnie na tę okazję, zrobiła moją ulubioną sałatkę
(po czym spakowała mi cały zapas do domu)
- taaak, to jedyna prawda płynąca z obrazoburczych seriali,
w których rzeczywiście wszystkie mamy pakują jedzenie
do toreb, plecaków i samochodowych bagażników swoich dzieci,
które - choćby dawno - wyfrunęły już z gniazda.

Pokazałam młodszej siostrze fragment filmu ze studniówki,
co zrobiłoby na niej większe wrażenie,
gdyby nie wysunięta przez nią refleksja:
- Dziewczyna, taka ładna sukienka i takie czerwone na nodze!
[Szkoda, że nie widzieliście jej zaskoczenia,
gdy odparłam, że to "przecież podwiązka"!]
oraz gdyby nie spostrzeżenie:
- A ta Monika, to normalnie wyglądała jak...
jak Dan-on Hood!
- Dan-on Hood - powiedziałam - zabił go Mały Głód!
I zaczęłyśmy się śmiać.

Antek, Antek, Antek jest w Warszawie!
Choć niestety znów istnieje w formie marginesu,
bo - pośród tych wszystkich obowiązków szkolno-zajęciowo-domowych -
nie mam nawet czasu, żeby się podrapać.
Powiedział mi dziś, podczas zakupów,
że powinnam tej Monice wbić klucz w
- okalające jej ciało niezmiennie - fałdy tłuszczu,
skoro była taka okazja.
Roześmiałam się, że nie będę eksponować swojej siły fizycznej wobec niej,
skoro jej jedyną bronią jest ilość kilogramów,
czyli potocznie zwana masa ciała.

Pochlebia mi, że tak bardzo ją boli, iż już jej nie lubię.
W końcu eksponuje to wszem i wobec
[a teraz czytając to, coś ją w środku zżera
i nawet choćby chciała, nie byłaby w stanie przestać tutaj wchodzić,
bo uwielbia znajdować tu oliwę do ognia swojej zawiści,
którą - gdyby chciała - pożywiłaby się cała klasa].

Dziś na matematyce Posti zbulwersowała się:
Zaraz, chwila, ale co pan tam rysuje?!
Nauczyciel: Ostrosłup w stożku.
Posti: O, kurde!

Potem zaś zwróciła uwagę Łukaszowi:
Ej, ale jak ty to skracasz? Skracaj to normalnie, jak człowiek!

Nie mogę doczekać się wakacji.
Obiecałam Nat ten wyjazd,
ale nam obu dobrze to zrobi.
Chcę wreszcie przeczytać wszelkie absurdy Gombrowicza
i Iwaszkiewicza, którego ponownie parafrazuję w tytule...

13mar/100

Zupełnie jak Di Trevi.

Zacznijmy od początku
(tak jakby ktokolwiek zamierzał zaczynać od końca...)

Historię sztuki miałam w Piasecznie o ósmej,
a wstałam o siódmej z niezbywalnym przekonaniem
godziny do autobusu. Wspaniale...
Nie macie pojęcia, ile rzeczy próbowałam wtedy
zrobić jednocześnie!
W dziesięć minut umyłam się, ubrałam, uczesałam,
spakowałam, znalazłam zeszyty do zajęć,
nagrałam płytę z kanonem historii sztuki dla Kasi,
spakowałam drugie śniadanie,
pozmywałam naczynia (?!), schowałam ubrania do szafy,
pościeliłam łóżko i już, już miałam wychodzić,
kiedy to w mojej łazience spotkałam konsylium
sąsiadów i hydraulików twierdzących uparcie,
że na pewno mam zapchaną umywalkę tak,
jak oni wszyscy. W dodatku tego przekonania
nie dało im się ot tak wyperswadować
i przepychali dobre dwadzieścia minut,
aż nieubłaganie nastała ÓSMA!

Winda wlokła się jak nigdy
(choć zapewne tak tylko mi się wydawało...).
Zjechałam powooooli z jedenastego piętra.
Wyszłam z bloku, a tam? Śnieżyca!
Przeszło mi przez myśl,
żeby wrócić się po parasolkę i nie skazywać
na błyskawiczną zagładę
swoich świeżo wyprostowanych włosów,
ale czas zrobił swoje i... wybiegłam w stronę przystanku.

Do Piaseczna, jakimś cudem, dotarłam na dziewiątą.
Klaudia powitała mnie z - jak mi się wydawało - grobową miną,
ale potem było już przemiło, jak zawsze.
Mimo wielkiej ilości testów i ustnych odpowiedzi
zawsze śmiejemy się bez końca.
A dziś nawet Klaudia wysłała nam link do demotywatora:
Czas do matury!
Miłej konfrontacji z presją.

W Ognisku było fantastycznie!
Mieliśmy z Adamem zajęcia z Reżyserii.
Przez półtorej godziny słuchałam z niemal otwartymi ustami.
Podał nam mnóstwo wskazówek dotyczących pracy z aktorami
i komunikatów, których mamy używać wobec nich
(takich jaki czasowniki aktywne, fakty, obrazy,
interakcja ze zmysłami, wydarzenia...)
Czytaliśmy też dwie sceny ze sztuk,
między innymi tej szekspirowskiej,
w której to Gosia wcieliła się rolę mojej niańki.
Ee, nie lubię czytać Julii.
Tak jakby Szekspirowi przechyliła się za bardzo łyżka cukru,
którą słodził swą herbatę.

Ucięłam sobie pogawędkę z Kasią,
Olą, Gosią, a nawet instruktorką Sylwią,
która uratowała mnie w kwestii sali i reflektorów
przed samym warsztatem.

Podczas Improwizacji każdy musiał wejść do sali
i zagrać coś tak, aby widzowie mogli dostrzec jego
relację z pozostałymi.
Byłam córką Rafała i siostrą Marty.
Patent z koralami nie przeszedł,
bo pojawiły się kwestie stereotypowe,
więc musiałam na bieżąco wymyślić,
co zrobić, aby w jednym zdaniu zaznaczyć tę nieszczęsną relację.
Podeszłam do Rafała, usiadłam na biurku,
przy którym siedział i jęknęłam
(choć wtedy nie wiedziałam, co będę... jęczeć):
- Ehm, wiesz co? - żeby absolutnie nie wykrzyknąć "tato" -
Wiesz, co się stało na przystanku?
- No, nie wiem. Co? - mruknął Rafał,
nie spuszczając wzroku ze swoich dokumentów.
[Nadal nie wiedziałam, co powiem]
- Na przystanku był taki pan...
- No i co ten pan? - Rafał zagrał zniecierpliwienie.
- Haha, to bardzo śmieszna sytuacja! - roześmiałam się.
- No?!
- Ten pan przyszedł i okazało się, że... - w tym momencie
wpadłam na pierwszy lepszy pomysł - Był kontrolerem!
Publiczność odebrała to jako próbę poinformowania ojca
o mandacie za brak biletu i udało mi się zaznaczyć relację.
W dodatku wyszło tak,
jakbym wcale nie zastanawiała się, co powiedzieć,
tylko bała się to zrobić
w obawie przed reakcją Rafała!
Rzeczywiście można było wybrnąć.

W drugiej etiudzie byłam żoną Zbycha i mamą Kingi.
Mieliśmy zagrać, że czekamy na czyjś przyjazd.
Nagle dzwoni telefon, Marcin biegnie po schodach na górę,
ja za nim. Zaraz ponownie zbiegam na dół,
by potowarzyszyć Kindze. Zbychu schodzi i mówi,
że wujek nie przyjedzie.
Chodziło wyłącznie o zwrot akcji powstały w wyniku
gwałtownego rozładowania napięcia.
Grupa Rafała zrobiła zaś przygotowania do wyjścia na plażę.
Wszyscy biegali, szykowali się, szukali czegoś,
a potem Rafał wyjrzał za drzwi i jedyne, co powiedział, to:
- Pada.
Rozśmieszyło nas to strasznie,
bo takiego zakończenie nikt z nas się nie spodziewał.

Podczas próby warsztatu wszyscy mieli ochotę zjeść kolorowe kamyczki,
służące jako rekwizyt w scenie.
Dopracowaliśmy mniej więcej rytm i bójkę dziewcząt
oraz wybraliśmy zakończenie
(teraz - jest niedziela, godzina 18.17
i tradycyjnie myślę sobie:
'równo za tydzień będziemy już po premierze).

Jeszcze przed próbą wywiesiliśmy na tablicy plakat
autorstwa Oli, informujący o warsztacie.
To pierwszy raz, kiedy nie mogę
obserwować reakcji Ogniskowiczów na nowy element tablicy,
bo zrobiłam sobie dzisiaj wolne.
Chciałam się wyspać,
ale niestety nie spotkało się to z upragnioną realizacją
(oczywiście, zmywanie o 6.15 rano to norma,
tylko do tego trzeba jeszcze tak okrutnie dzwonić talerzami).

Pop-rski wrócił wczoraj z sympozjum,
choć nie mieliśmy jeszcze okazji się zobaczyć
Wstawił jakieś zdjęcia z Wrocławia,
na które spojrzałam wówczas jedynie z perspektywy historii sztuki.
Szkoda tylko, że moja ukochana fontanna
jest na okres zimy wyłączona.
Zupełnie jak Di Trevi.

Babuszka miała imieniny, więc tym razem poiła mnie szampanem
i karmiła ciastkami i chałwą.
Całe szczęście, że za dwa-trzy miesiące się wyprowadzam.
Przedtem oczywiście planuję wyjechać na jakiś miesiąc z Polski
albo przynajmniej z Warszawy.
Na tydzień zabiorę moją siostrę i Pindziora.
Będę żyła bez dostępu do internetu i wszelkich innych mediów,
wdychała świeże, górskie powietrze, spacerowała,
jeździła na rowerze i czytała książki.
A co najważniejsze: ani myślała o nauce do października!
[Nigdy nie sądziłam, że zmęczy mnie gwar i hałas stolicy]

Takie są plany na sierpień.
Maj i czerwiec to praca - zaraz po maturze.
Lipiec - trochę odpoczynku, obóz z Ogniskiem
i poszukiwanie samodzielnego mieszkania.
Nie wiem tylko, co będę robić we wrześniu,
ale na to może odpowie mi Aga,
która już od lat zaprasza mnie do Zamościa.
Albo po prostu zajmę się organizacją Korczaka.

Zamość - idealnym miastem.
A moi - z projektu Idealne Miasto - siedzą do piątku w Berlinie.

12mar/100

Tydzień Grechuty. Haraszo!

Biedna Zuza.
Doznała szoku dowiedziawszy się,
że pani M-rz (nauczycielka Rosyjskiego)
zamierza obejrzeć klasowe nagrania,
w którym Zuzia woła radośni:
- Taaak, ja bardzo kocham Rosyjski.
Haraszo, haraszo! Pozdrawiamy panią M-rz!

W szkole całkiem w porządku.
Napisałam kartkówkę z WOSu
(co skończy się gorzej niż źle,
ale po pierwsze primo - mogę ją zawsze poprawić,
drugie secondo - "niematurzyści" z WOSu przed sprawdzianem
z działu dostaną kilka pytań,
z których trzy będą na pewno,
więc chyba nie mam czym się martwić).
Razem z Olą będziemy poprawiać.
Olą, z którą wpadłyśmy ostatnio rozbawienie
przed matematyką na moje:
- Masz książkę i nie masz z kim siedzieć?
To zapraszam serdecznie!

Na polskim oglądaliśmy film o przygotowaniu
do prezentacji maturalnej.
Pani profesor: To film pewnego znanego doktora.
Michał: Królika?
Pani profesor: Nie, Kwaska.

Hm, dokładnie.
- Nazywam się doktor Kwasek. - usłyszeliśmy po chwili.
Gdy ujrzeliśmy faceta w Łowiczu
na rękach z dzieckiem w stroju regionalnym
nie byliśmy już dalecy od śmiechu.
Posti niemal leżała pod ławką,
którą - nie da się ukryć - dzielimy ze sobą,
więc ja leżałam na niej
(na ławce, oczywiście)
zastanawiając się, co by tu zrobić,
żeby się opanować.

Jutro do Warszawy wraca Antoni,
co trzyma mnie przy życiu.
Mimo iż, jak twierdzi, wróci nocnym o 6.
i od razu pójdzie spać.
Nocny pociąg z Wrocławia to coś,
czego zdecydowanie miło nie wspominam.
Teraz rozśmiesza mnie swoim łamanym włoskim,
bo nauczyłam go "sto aspettando un bambino"
i kilku pochodnych kwestii.
Pyta mnie, jak będzie po włosku
"łożyć na ich utrzymanie".
Tak, oczywiście. Tego uczyliśmy się
przez całe trzy lata w liceum.

Obejrzałam dzisiaj program artystyczny tegorocznej studniówki.
Jeśli powiem Wam, że moja klasa ze swoją żenującą scenką
wypadła lepiej niż wszystkie pozostałe,
nie będę musiała wspominać o swoim załamaniu, prawda?
(Chociaż trzeba przyznać, że rozbawiła mnie trochę
parodia lekcji geografii, mimo iż była w kiepskim wydaniu.
Może nie tyle rozśmieszyła mnie lekcja,
co wzmianka o dniach do końca roku).

Dabadaba dabadabadaba dabadabadaba!
To dla mnie tydzień Grechuty!
[A Bogna i tak twierdzi, że najpiękniejsze miał oczy...]

____

Babuszka: Wie pani, co mówili w telewizji?
Ja: Co takiego?
Babuszka: Że jacyś ludzie w kościele robili ten!
Ja: Hm?
Babuszka: No, ten! Jak on się nazywał?
Ja: Eee, ale co robili?
Babuszka: No, ten taki, co się robi razem!
Ja: Eee?
Babuszka: No, ten, co się robi we dwoje!
Cholera, jak on się nazywał?
Ja: ???
Babuszka: A, już wiem!
W kościele robili seks.

Hm, czy ja też za jakieś sześćdziesiąt lat zapomnę,
jak-on-się-nazywał?!

11mar/100

Muzeum rzeki potylicy.

Ha-ha-ha!
Śmieszą mnie strasznie te dwie dziewoje.
Odkrywszy w sobie przeznaczenie bycia od nich mądrzejszą,
umówiłam się z Anią, że usiądę z nią na historii.

A te?
Jak się nie rzucą w pogoń za wolną ławką,
moją w pięćdziesięciu procentach.
Jak nie zaczną wyprzedzać biednego profesora!
Dobrze, że nie stratowały przynajmniej Foldera - tyczki,
który spokojnie sobie nieopodal podążał.

A moja mama wróciwszy z zebrania
(i powiedziawszy mi, że - i tu cytat -
"historyk był bardzo opanowany
i nie robił żadnych dziwnych gestów"),
opowiedziała mi historię o matkach tych obu intrygantek,
które musiały się nasłuchać niemało od wychowawczyni,
jako że ich córki zaskakująco "razem chorują"
(jeśli wiecie, której kategorii ironię mam na myśli).
Na pytanie zaś, czy teraz pewnie żałuję,
że jestem z nimi w klasie, odparłam:
- No, co ty! One są strasznie zabawne!

Mama telefonicznie poinformowała mnie jeszcze,
że praktycznie geografią nie muszę martwić się do końca życia,
gdy poznała moją ocenę z ostatniego sprawdzianu.

Na obiad zaś dziś u mnie była wielka uczta,
bo maminą zupę dostarczono mi w słoiku.
Plus musli i pomarańcze.
Nieźle mi się powodzi^^.

I nie zrozumie tego żaden maminsynek,
który - jak twierdzi profesor K. - zostanie u rodziców do swojej emerytury
(co niektórym mi znajomym "paniom" absolutnie wróżę).

____

Historia opowiedziana przez Patryka na dzisiejszym włoskim.

Miejsce akcji: sala językowa.
Angielski.

Michał postawił na parapecie puszkę.
Gdy okno zaczęło się zamykać pod wpływem przeciągu,
pani profesor krzyknęła:
- Uważaj,... ci puszka!
Co Patryk powtórzył kompletnie bez zrozumienia:
- Cipuszka, cipuszka...
Pani profesor pospieszyła z wyjaśnieniem:
- Chciałam powiedzieć "uważaj, leci puszka".
Na co odparła Matylda:
- Aaa, to po francusku...

Dzisiaj zaś wychowawczyni spytała Michała,
czy nadal boli go potylica.
Następnie zaczęliśmy rozmawiać o muzeach
i pani profesor rzekła:
- Pamiętacie? Byliśmy w jednym muzeum razem!
Jak to się nazywało? Muzeum rzeki potylicy?

Oczywiście chodziło o rzekę Pylicę,
która potylicą pozostała.

Posti miała przeczytać tekst,
jednocześnie go uzupełniając.
Pani profesor: No, Kasiu, zaczynaj.
Posti: An.
(dłuższa pauza. wszyscy: śmiech).
Bo po "an" było już puste pole.

Reasumując; było dziś strasznie zabawnie,
choć dziwnym trafem większości komicznych sytuacji nie pamiętam.

Przede mną intensywna nauka WOSu,
która w mniej intensywną może zmienić się jak rzeka Pylica.
Powodzenia...?

9mar/100

Naturalnie maturalnie!

Dziś po raz pierwszy zastanowiłam się,
czy może ta szóstka jest dla mnie po prostu szczęśliwa?

Bo właśnie sześćdziesiąt sześć.
Tyle punktów udało mi się uzyskać na maturze z języka polskiego.
- Daje ci to wynik 82,5%. - orzekła nauczycielka.
A że podobno na egzaminie w maju uczniowie mają zwykle
wynik o 20% lepszy niż na próbnej, dodała:
- Czyżbyś celowała w sto na sto na prawdziwej maturze?
- Eeehmm... - nie mogłam wyjść z ciężkiego szoku.
- Gratuluję i tego ci właśnie życzę! - uśmiechnęła się Radzia
i wręczyła mi mój arkusz.

Żwawym krokiem podążyłam do ławki,
którą dzielę razem z Posti.
Od razu spostrzegłyśmy, że nasze matury
sprawdzała jedna nauczycielka.
Tak jak Kseni, Marcie i Zuzi.
Pani profesor po omówieniu wszystkich odpowiedzi
z klucza zaczęła zadawać pytania, dotyczące punktacji
wszelkich aspektów wypracowania.
- Kto miał maksimum procent z kompozycji?
Podniosłam rękę.
- Kto miał maksimum procent ze stylu?
Podniosłam rękę.
- Kto miał wszystkie dwanaście punktów z języka?
Znów ją podniosłam, aż Ksenia uznała, że przed maturą chyba coś brałam.

Na wychowawczej pani profesor z miejsca zajrzała do dziennika.
- Właśnie zobaczyłam wasze procenty z matury - powiedziała
z pretensją - i...
- A, nie, nie! - przerwał jej Michał - To niech pani nie patrzy.
Niech pani patrzy tylko na Karolinę.
- Mam patrzeć na Karolinę? - odparła wychowawczyni z zaciekawieniem
i dostosowała się do rady naszego kolegi.
Miałam ochotę się schować...
- Wow! - jednak było już za późno - Jak to zrobiłaś? Jak tego dokonałaś?!
Wzruszyłam tylko ramionami, mrucząc coś pod nosem:
- Właściwie sama się nad tym zastanawiam...
Co rozśmieszyło doszczętnie Olę i Patryka.

Wyniki z angielskiego także nie były najgorsze,
choć nie byłam do końca usatysfakcjonowana ze swojej punktacji
(jak zwykle napisałam zbyt długi list
i obniżono mi za to punkty).
Miałam o całe 6% (!) mniej niż na poprzednich maturach (w klasie),
ale i tak znacznie więcej niż Monika
(co nie powinno być raczej dobrym kryterium i wyznacznikiem satysfakcji...)
Tak czy inaczej dobrze napisać polski było warto
choćby dla zobaczenia jej odmiennej miny.
Tym razem nie głupiej,
ale wściekłej i zazdrosnej.
Tak czy inaczej nie musiałam przynajmniej
prowadzić zajęć z przestrzeni!

Po lekcji poszłam z Olą do Radzi
odebrać nasze sprawdzone plany prezentacji.
Pochwaliła nas za pamięć i... podejście do przedmiotu.
W tej kwestii chyba zawsze będę skołowana.

Klasówka z geografii nie poszła nam chyba najlepiej
(gdy odpowiadałam Kseni na pytanie odnośnie powyższego,
musiałam dodać zapobiegliwie, że naprawdę nic nie brałam).
Po sprawdzianie Patryk zadał pani profesor pytanie,
w którym zawarł istotne dla niego kwestie:
w pierwszej części modyfikacja,
w drugiej - likwidowanie głodu.
Nauczycielka odparła na to:
- Zaraz, obawiam się, że w ten sposób pierwszą część
zadania sobie zmodyfikowałeś, a drugą zlikwidowałeś zupełnie.
[Czy jakoś tak, choć moja - zwana przez niektórych - pamięć
absolutna zostaje ostatnio zaśmiecana mnóstwem sąsiadów
z różnych pięter i ich komunikatami ku mojej osobie].

Po szkole pojechałam do Mamy,
dać jej matury do podpisania.
Ucieszyła się bardzo i jak to zwykle bywa,
zmusiła mnie do przyjęcia sporego zapasu żywności.
Jabłka, jogurty, pieczywo, musli i mleko zero procent.
A propos procentów zwłaszcza.

Babuszka wczoraj poszła do sąsiadów na tort
i przez ścianę słyszałam jak śpiewa.
- Laj laj laj laj !
Komiczne to wszystko, naprawdę koSmiczne!
 

8mar/100

Studniówkowy flesz.

Obejrzałam dziś film ze studniówki
oraz nagranie w sali od WOSU.
Obojgiem rzeczy i stanów jestem zauroczona.
Mimo iż nie ma mnie w ani jednym fragmencie filmu,
a może tym bardziej dlatego.

Począwszy od nagrania w szkole
(nie zważając wcale na fatalny montaż,
po którym nie ma prawie ani śladu
i na amatorskość nagrania),
wysłuchałam sobie opowieści klasy na temat każdego z nas.
Wyszło strasznie uroczo...
I prawdziwie! Bo prawie z każdą opinią byłabym skłonna się zgodzić.
Łukasze wzbogacili film o zabawne momenty,
na przykład zszokowana mina pana K.
podczas fragmentu o grzybach albo kwestia kolegi P.
zaraz po haśle "Łukasz jest naszym świętym Mikołajem":
- No, świętym to ja raczej nie jestem.
Ale Mikołajem tym bardziej nie!
Całe nagranie całkiem niechcący odebrałam jako multimedialną wiadomość
dla każdego z nas od prawie każdego z osobna.
Sama dobrze nie pamiętam, kiedy to było nagrywane,
w każdym razie nie miałam pojęcia, co powie o mnie klasa.
A zaczął Michał J. twierdząc,
iż widział moje trzy występy
(szczerze mówiąc, nie mam pojęcia jakie
i nie mogę się doliczyć choćby jednego!)
i był bardzo zaskoczony, bo tego się po mnie nie spodziewał.
Wszyscy uznali, że teatr to moja wielka pasja
i poświęcam jej bardzo dużo czasu.
Swoją drogą... z jednej strony to wspaniałe,
a z drugiej to smutne, że ludzie tak mało o sobie wiedzą
i trudno jest im czasem wymienić choćby jedną rzecz o kimś z nas.
Nawiązując ponownie do mojej osoby,
przekonana byłam na jaki temat o sobie usłyszę,
bo z tym ludzie stale mnie identyfikują.
- Karolina, to bardzo utalentowana aktorka.
Hm, gdyby to chociaż było szczerą opinią...!
Komentarz pana profesora na temat promocji
Michała do następnej klasy była chyba najlepszą wizytówką
tego, co chciałabym o tej szkole zapamiętać.
Pojawił się również fragment,
w którym poproszono Olkę i Monikę o wypowiedź na mój temat
(było to zapewne w zamierzchłych czasach,
których nadal kojarzono nas ze sobą razem,
co na szczęście z dniem dzisiejszym udało się
ograniczyć do zera).
Monika jak zwykle zrobiła głupią minę,
a Olka odpowiedziała:
- Jest bardzo blada.
[Tak, tak, sama swego czasu przekonałam się do tej opinii
i spotykam się ciągle z ruchem oporu,
kiedy ją tylko wygłaszam]
I jest ortodoksyjną wegetarianką.
[Czyli brak subiektywnych aspektów
w wypowiedzi, bardzo sprytnie!
To o wiele lepsze niż strojenie (nie)codziennych min].

Sama zastanowiłam się przez chwilę,
co bym odpowiedziała, gdyby mnie zapytano o Olkę
[bo co do Moniki nie miałabym wątpliwości. dziwka].
Powiedziałabym pewnie:
- Całkiem ładnie rysuje i ma słabość do inkwizycji.
Jest zaciętym kibicem siatkówki
(swego czasu wszyscy z okazji świąt życzyli jej ligi i czekolady).
Uwielbia Coldplay i w ogóle jeśli ktoś z was
chciałby starać się o jej względy, niech nie próbuje,
jeśli nie jest Chrisem Martinem.
Jak niektórzy twierdzą, ma problem z nieśmiałością
i strasznie nie lubi mówić o kimś,
kiedy ten ktoś słyszy
(co często objawia się w obecności foldera).
Poza tym bardzo chciałaby uwierzyć,
że umie ładnie śpiewać i usłyszeć od kogoś taki komplement.

Tak. To zdecydowanie pierwsze, co przyszło mi to głowy.
Nie pytajcie o kolejne myśli i konkluzje.

Kolejną część filmu obejrzałam z równym zainteresowaniem.
Strasznie byłam ciekawa
szczegółów co do fryzur i ubioru studniówkowiczów.
I nie przeliczyłam się!
Dziewczyny wyglądały cudownie
(nawet Folder swoją sukienką dodała sobie uroku,
ale makijaż robił z niej pogromcę wampirów,
swoja drogą - mogłaby częściej podkreślać swoją dziewczęcość,
a nie tylko narzekać na swój brak atrybutów).
Monika wyglądała strasznie i przy każdym ujęciu
minę miała nieco nietęgą. Olka musiała za nią mocno nadrabiać.
Obie wyglądały nie wyraźnie podczas zdjęcia z partnerami,
kiedy to niemal jako jedyne stały we dwie,
nie mogąc usiąść nikomu na kolanach.
Ale tak bywa...
Pani profesor robiła wrażenie w swojej czarnej sukience.
Najładniejsze kreacje, moim zdaniem, miały: Posti, Ola i Ania.
Przynajmniej najbardziej rzucały się w oczy.
Chociaż nie tak jak profesor od historii swoim tańcem
(nie zapominając o użyciu standardowych gestów,
charakterystycznych dla kwestii ostrzegawczych przyszłych maturzystów).

Dziś w szkole jak zwykle Radźka nawtykała nam za nieobecności.
Szczególnie mnie i Oli.
Rozzłościło mnie to trochę,
bo przecież parę dni temu rozmawiałam z nią na temat chorób
i dla mojej kuracji wyraziła odpowiednią aprobatę.
Gdy więc na złość zapytała mnie o Miłosza,
poprzysięgłam sobie, że nie odpowiem nic.
I było to niezłe wyrzeczenie, bo jak na złość, wiedziałam.
Miłosza znać powinien absolutnie każdy.
Data urodzenia: 1911.
Data śmierci: 2004.
Utwory: czy powinnam wymieniać?!
Ale odparłam, że nie wiem.
I wygrałam małą bitwę w wojnie o honor i szacunek.

Na początku polskiego, podczas sprawdzania listy okazało się,
że nie ma żadnych chłopców.
- Co oni - strajkują?  - zdziwiła się pani profesor.
A oni tradycyjnie weszli spóźnieni z tulipanami dla nas!

Na angielskim wysłano mnie do lekarza w trakcie kartkówki,
a potem pani profesor oddała mi swoją płytę,
o której tyle napisałam powyżej.
A teraz uczę się geografii i piszę koncept na jutrzejsze zajęcia.
Chyba lepiej będzie wreszcie mieć to z głowy...

Dopisek, pt. "Szkoła jest zła!"

Mój status na fb: geografia synonimem zagłady.
Agnieszka Ł.: oj nieee.;) geografia jest suuuuper!;D
Paulina Ch.: Boże, Karolina, masz parabolę na zdjęciu,
mnie to prześladuje. :(
Ja: Chciałabym nabrać takiego przekonania!;DD
Paulina, pomyśl sobie, że to nie parabola, tylko tęcza chociażby.
Chociaż mnie z kolei prześladują walce...

7mar/100

Różnorodność zdarzeń i środków lokomocji.

No.
Hm, tego.
Wiecie.
Choćbym nawet chciała smęcić i ględzić
albo po prostu napisać, że było tak, jak zawsze.
Nie da rady!
Bo w Ognisku nie ma rutyny.

Na zajęciach z panią Anią oglądaliśmy dokument
o młodych ludziach żydowskiego pochodzenia,
którzy w 1968 roku dostali nakaz wyjazdu z Polski
ze względu na zamieszki w krajach arabskich.
Ci jednak studenci Żydami byli tylko w niewielkim stopniu,
mieszkali w Polsce od urodzenia, mówili po polsku,
nie znając innego języka.
Tacy jak ja czy Wy!
Czy jesteście sobie w ogóle w stanie wyobrazić,
co by było gdybyście z miesiąca na miesiąc musieli na stałe opuścić
swój kraj, bez prawa do powrotu i tracąc polskie obywatelstwo?!

Pisaliśmy też dialogi bohaterów
z obrazów Michała Anioła, Kandińskiego, Van Gogha
i Gaugina oraz omawialiśmy tytuły słynnych dzieł,
filmów, oper i spektakli.
Znów pojawił się ów nieszczęsny obraz,
kojarzony z rewolucją francuską.

Po zajęciach zrobiliśmy krótką próbę w Czarnej.
Znów działo się sporo.
Wizyta Oliwii i jej propozycja nowego zakończenia,
przenoszenie biurka przez Łukasza
w celu nie-zabicia-się o nie,
gdy Marek będzie straszył go mumią.
Odwiedziny Pani Ani i jej zaskoczenie naszą obecnością,
moja wędrówką na górę i na dół.
Najpierw w poszukiwaniu zasięgu, potem odtwarzacza,
który był jedynie w Żółtej i był ciężki 'jak diabli'.
- O, silna kobieta! - powiedział Bartek,
mijając wejście do Sali.
Bartek, u którego jest możliwość zaliczenia konkursu recytatorskiego.
Chyba, że wybiorę Jakuba!
Potem przeniesienie próby do Karczmy
i niespodziewane spotkanie ze Zbychem i Tadziem.
Tadeusz, zdziwiony bliskim terminem premiery
i mający nadzieję na udostępnienie mu Karczmy.
Potem moja wyprawa do sekretariatu i pogawędka z Sylwią.
następnie spotkanie z drugim Markiem i Martą.
Autobus - z Gosią, Oliwią i Wiktorią.
Sentymentalne zagwostki,
co to będzie, gdy będziemy już miały... wolne weekendy,
wątpliwości czy studenci mogą chodzić czwarty rok do Ogniska
i zapowiedź rozpaczy w dniu zakończenia roku.

Metro.
Śmiech z powodu, opowiedzianej przez Oliwię, anegdoty z obozu.
Mama siedemnastoletniej Weroniki jest tancerką,
ma na imię Ilona i uczyła kiedyś w Ognisku!
Z tego właśnie powodu wszyscy na obozie myśleli,
że mamą Weroniki jest nasza była instruktorka Ilona,
która ma niewiele ponad dwadzieścia lat!
Nikomu oczywiście nie przyszła do głowy mała różnica wieku
i szeptali sobie do ucha:
- To córka Ilony, to córka Ilony!
Prawda jednak wyszła na jaw i Oliwia
radosna chodziła po pałacu dementując plotki.

Tramwaj.
Zakupy.
Dom.
Historia.
Żądam rutyny! Nie pragnąc niczego
bardziej, jak tylko nie uczyć się jej.

6mar/100

Mieszko pierwszy był pierwszy i ostatni.

Nie uwierzycie, co się stało.

Albo nie!
Nie uwierzycie, czego dowiedziałam się dzisiaj na historii sztuki.

Obraz Eugene Della Croix został namalowany w kontekście
rewolucji lipcowej.

- Nie francuskiej?! - wykrzyknęłam kiedy tylko to usłyszałam - Niemożliwe!
- Nie. - odparła jakby przytakująco Klaudia - Della Croix namalował
ją w kontekście rewolucji lipcowej,
a dopiero potem, nie wiadomo czemu, stała się symbolem
rewolucji francuskiej.
- W tym momencie załamał się mój światopogląd. - jęknęłam.
- Uwierz mi - odparła Klaudia - że mój też kiedy to usłyszałam.

Ale teraz zmierzam do konsensusu,
zwiastowanego pierwszym zdaniem notki.

Wczoraj przyjechała do mnie Ola N.
Pokazałam jej mieszkanie, a potem poszłyśmy na obiad.
Zamówiłyśmy sobie jakieś wegetariańskie dania w Pizzy Hut
(które na szczęście nie miały nic wspólnego z pizzą).
Jadłyśmy i omawiałyśmy dwie nagminne kwestie:
a) kwestię Antka
b) i kwestię próby

Ta pierwsza była dla mnie o tyle istotna,
że wczoraj popadłam w jakiś ogromny popłoch.
Zaczęłam tracić kontrolę nad sytuacją,
w której się znalazłam. Mianowicie:
Antek a moje koleżanki.
Zauważyłam, że wariują na jego punkcie w sposób dość oczywisty.
Przy nim zachowują się inaczej, gardłowym śmiechem podkreślając
zachwyt nad tym, co mówi. Uwielbiają wszystko, co robi,
ogłaszając to wszem i wobec, co absolutnie mi nie przeszkadza.
Pomijając fakt, że potwornie irytuje.
Nie można już przy nich zażartować,
bo obrażając się jak wielkie damy, podkreślając swoją wiarę
w wartości moralno-etyczne, którymi rzekomo się charakteryzują.
W słowach niestety, nie w czynach.
Z jednej strony tak bardzo chciałabym,
aby wszyscy bliscy mi ludzie żyli w idealnej symbiozie,
ale z drugiej widzę, że staję się to niemożliwe
w miarę wzrastania antkowej sympatii wobec nich.
Powinnam go trzymać w pudełku i wyjmować na specjalne okazje.

Próbę Ola streściła mi dokładnie,
opowiadając jak to Marek zajął się wszystkim.
Podobno aktorzy co chwila wspominali o tym,
ile to wiadomości ze wskazówkami wysłałam im poprzedniego dnia.
I rzeczywiście stosowali się do nich i realizowali polecenia.
Jestem z nich taka dumna!

Podczas naszej rzewnej rozmowy,
dostałam wiadomość od pani Bogusi:
"Dziś o 19.30 zajęcia z niespodzianką!".
Ustaliłyśmy więc, że po podwieczorku u mnie pojedziemy do Wesołej.
W międzyczasie zrobiłyśmy parę zdjęć,
będącym utrwaleniem mojego widoku z okna.

Wypiłyśmy waniliowe mleko, zjadłyśmy czekoladę
i już miałyśmy wychodzić z mieszkania,
kiedy to zadzwoniła Magda z historii sztuki.
Robiła kolejny test
(czwarty, licząc moje trzy)
i poprosiła o wskazówkę w sprawie
zakładania nowej aplikacji.
Zaczęłam jej wszystko dokładnie tłumaczyć,
ale pech chciał, że na korytarzu spotkałyśmy Babuszkę.
Nie zauważyła, że rozmawiam przez telefon
i zaczęła narzekać:
- Kto by pomyślał, żeby o tej porze po nocy chodzić!
Młode jesteście, a tu chodzi tylu oprychów.
Walnie was taki w głowę i już po was!
Magda nie wiedziała, o co chodzi,
a że rozmowa trwała dość długo, rozłączyła się.
Wsiadłyśmy do windy i szybko do niej oddzwoniłam.
Ola radośnie wcisnęła jedynkę, a nie zero.
Tak czy inaczej pojechałyśmy w dół.
Ja mówiłam do Magdy, Ola stała bez słowa,
a na ósmym piętrze wsiadł jakiś chłopak.
Winda zatrzymała się na pierwszym.
Ani Ola ani jegomość nie mieli pojęcia,
co zrobić, by ruszyła,
więc przepchnęłam się na początek windy,
by otworzyć i zamknąć drzwi,
jednocześnie energicznie tłumacząc.
Wychodząc o mało nie zgubiłam czapki.
Na szczęście chłopak był na tyle zaradny,
by przytrzymać mi drzwi,
gdy z trudem utrzymywałam w dłoni telefon.
- To ten, z którym jechałyśmy na górę? - zapytałam Olę
w drodze na przystanek.
- Nie, to na pewno inny! - odparła z przekonaniem - Ale masz duży wybór.
- Taa... - mruknęłam - Na każdym piętrze.

Dotarłyśmy na zajęcia
i wyjawiona została przed nami niespodzianka.
Przyjechała do nas słynna fotografka - pani Ola
(znamy ją zresztą, bo jest koleżanka pani Bogusi
i była z nami na spektaklu Piny Bausch we Wrocławiu).
Tym razem jednak była z nami służbowo.
[Tak się złożyło, ze najpierw zeszłam na dół z Panią Bogusią i kilkoma dziewczynami
i odtańczyłyśmy taniec powitalny na jej cześć, do akompaniamentu pani Bogusi.
Działo się to pod samą przychodnią, apteką, kioskiem i Ośrodkiem Kultury,
więc świadkami zdarzenia było dużo więcej osób,
ale to dodawało sytuacji uroku].

Pani Ola przywiozła ze sobą... ubrania Svarowskiego
i innych firm mówiąc, że jeśli odpadnie choćby jakiś mały dodatek,
wszyscy zbankrutujemy (ceny sięgały minimum pięciu tysięcy złotych wzwyż).
Były oczywiście wypożyczone na potrzeby... naszej dzisiejszej sesji.
I sesja się odbyła!
Najpierw był krótki wywiad na temat zasad pozowania,
a potem każda z nas przymierzała jakąś rzecz i przez długi czas
obcowała z reflektorem, kadrem, obiektywem.

Wtedy to dopiero uświadomiłam sobie amatorstwo Moniki
(nie mówię tego przez złośliwość czy wyrachowanie),
która nadal święcie jest o tym przekonana,
że zdjęć chociażby nie można robić pod światło.
Otóż można. I jest to jak najbardziej wskazanie,
jeśli tylko fotograf potrafi zrobić to umiejętnie.
Pani Ola na co dzień współpracuje z najwybitniejszymi modelkami,
stąd mogła zaprezentować nam, co potrafi.

Zdjęcia bez żadnej obróbki wychodziły genialnie!
Nawet charakteryzacja nie była szczególnie potrzebna.
Wszyscy byli wniebowzięci. Udostępniono nam w końcu
odpowiednie ku temu studio.
Ja pozowałam z jakimś (...dziwnym!) naszyjnikiem Svarowskiego.
- I tak jest dobrze. - powiedziała pani Bogusia.
- Tak. - dodała pani Aleksandra - Ona jest...
- Ona jest porcelanowa!
Co prawda nie jestem zwolenniczką swojej twarzy w obiektywie,
ale trzeba przyznać, że fotografie takiej mistrzyni
oglądało się z przyjemnością.
Niedługo zresztą mam nadzieję, że je dostaniemy.

Nocowałam u Oli,
bo nie chciało mi się jechać autobusem do domu.
Wróciłyśmy przed północą.
Siedziałyśmy jeszcze długo, rozmawiając,
kiedy to dostałam SMSa od Magdy:
"Jutro zajęcia mamy o ósmej rano!"
Załamałam się.
- Ola - wyjąkałam - to oznacza, że muszę wyjechać stąd o szóstej,
czyli wstać o piątej!
Dopiero teraz zaczęłam doceniać zalety mieszkania w centrum Warszawy
(choć Piaseczno to i tak nie te okolice).

W efekcie spałam trzy godziny.
Przez dwie docierałam na zajęcia.
Przez kolejne cztery brałam udział w lekcji.
Pisałyśmy próbną maturę i miałyśmy wykład z romantyzmu.
Będzie mi smutno, kiedy nie będziemy już na nie chodzić...
Teraz wróciłam na chwilę do domu,
by się przebrać, umyć włosy i zjeść coś pożywnego.
Za chwilę pędzę na próbę,
obejrzeć efekty pracy moich aktorów.
I dopracowywać szczegóły
- na dwa tygodnie przed premierą!

A jeszcze wczoraj w południe powiedziałam do Oli,
oglądając zdjęcia modelek w jej telefonie:
- To musi być fajne uczucie...
Założyć ubrania ręki jakiegoś projektanta,
pozwolić sobie na pełny makijaż i przez kilka minut poczuć się... ładnie.
____

Klaudia: A kto był ostatnim władcą Polski?
Magda: Mieszko?
[Ojj, chyba też była niewyspana;-)]

Klaudia: Czyj to obraz i jako kto przedstawił się autor?
Magda: Van Eycka. Autor umieścił się w lustrze.
Ja: Też mam, że Van Eycka. Ale napisałam,
że on jest jako małżonek Arnolfini.

 Zdjęcie do wpisu Mieszko pierwszy był pierwszy i ostatni. (91531398) 

Dopisek, 15.55.
Właśnie dzwoniła Ola N.
Powiedziała, że może nieznacznie spóźnić się na próbę,
bo pojechała z Panią Bogusią i Panią Olą na kolejną sesję
(tym razem w plenerze).
Naszą Aleksandrę przebrano za wiosnę, a Panią Bogusię za zimę
i teraz stoją tam i marzną, a dookoła pływają łabędzie
(cokolwiek miałoby to nam powiedzieć
o lokalizacji planu zdjęciowego).

- Karoo. - powiedziała Ola przez telefon - Pani Bogusia nic nie robi
tylko zachwyca się twoimi wczorajszymi zdjęciami.
- Haha, jasne! - roześmiałam się.
- Mówię poważnie! Twierdzi, ze wyszłaś najpiękniej,
bo masz taką "porcelanową cerę"!
- Jestem blada jak ściana. - ucieszyłam się znowu.
- A tak w ogóle to pytała,
jak się miewasz i mówiła, że nie powinnaś się tak przemęczać,
kiedy jej powiedziałam, że wstałaś dzisiaj o piątej.
- Olaa! - jęknęłam na wieść o sprzedanej właśnie informacji
- Co?
- Ach, pozdrów ją ode mnie. I jedź do nas szybko.

Strona 1 z 7312345102030...Ostatnia »
xyz7wiesz online • darmowe gry online • KosmetykiKosiarkiCB radioBiznesplanKlinika GersonaTrener szkoleniowiecSzambaPomysł na biznesOświetlenie wnętrzISO 27001KotłyKabiny prysznicowe